Sobota wolontariusza fundacji

data: 2016-02-10

"Od rana adopcja psiaka (Hilton w nowym domku!) Wszystko ładnie, pięknie, sprawnie. Psiak szczęśliwy to i wolontariusze szczęśliwi. Sprawa załatwiona, czas do domu! 

Powrót jak powrót prawda? Przynajmniej dla naszej wolontariuszki. Tramwaj, autobus, ta sama trasa jak zwykle, ten sam widok za oknem autobusu co zwykle. Ale nie tym razem, tym razem coś się zmieniło, to niewielka kulka beżowego futerka skulona pod drzewem, widziana jedynie chwile. 
Nie ma co się zastanawiać, szybkie wciśnięcie przycisku STOP i wysiadka. Wszystkie siatki, torebka, wszystko zostawione kawałek od zwiniętej kulki żeby się nie wystraszyła. Ciepłe słowa powitania, delikatne. Podnosi się głowa, na ukucniętą dziewczynę spoglądają smutne oczy, totalna rezygnacja. Nie ma co się zastanawiać i myśleć co ludzie pomyślą, siada niedaleko psiaka i zajmuje się sobą. Mija parę minut suczka zaczyna się ruszać. Powoli wstaje, przeciąga się, rozprostowuje zastałe kości, ale nadal patrzy nieufnie. Rusza w kierunku pozostawionych siatek, wącha i odchodzi. I nastaje panika, a co jak wejdzie na ulicę, a co jak odejdzie i już jej nie zobaczę? Bez wahania woła suczkę i klepie udo, beżowa głowa obraca się i kieruje w stronę nawoływania, ale siada nieopodal. No cóż, trzeba coś zrobić. 
Wolontariuszka wyciąga smycz i podchodzi do suni, ta chwile siedzi, ale wie o co chodzi i pospiesznie odbiega. Zawód jakich mało, zaczyna uciekać od dziewczyny nie biegnie na oślep, jedynie oddala się. 
Chwilę chodzenia za suczką, rozmowa przez telefon w celu poradzenia się co robić, sunia dalej odbiega. Sprawa przegrana, ale dziewczyna się nie poddaje, trzeba jej pomóc! 
I w tym momencie zdarza się cud! Wolontariuszka tak zagadała się, chodząc w jedną i w drugą stronę po drodze nie zauważyła, że sunia za nią podąża! Jakim cudem? Co się stało, że od uciekania przeszła w podążanie? Dziewczyna nadal zadaje sobie to pytanie. 
Sunia ufnie kroczy u boku dziewczyny, jakby wyszły na spacer. Od domu dzieli je 1,5 km, ale trzeba spróbować, innej opcji nie ma, więc ruszają, obie, niczym wieloletnie przyjaciółki.
Po drodze parę wpadek, mała boi się szczekających psów, wbiega na ulicę, boi się podejść, lecz zaufała i szuka wzrokiem swojej tymczasowej opiekunki. „No chodź do mnie, no chodź” sunia nasłuchuje i podbiega, ruszają dalej.
Dochodzą do domu, bez wahania wchodzi na posesje, daje zamknąć za sobą bramę, posłusznie czeka przed domem (nie może wejść, w środku jest pies), dostaje wodę, jedzenie, w tym czasie zaczyna się walka, dobijanie, proszenie i przeklinanie. Straż nie odbiera, schronisko odmawia przyjazdu bez zgłoszenia przez straż. Błędne koło, frustracja i lęk, że suczka ucieknie. Mija półtorej godziny, dziewczyna dzwoni do drugiej wolontariuszki. „Jest sprawa, mam psiaka, bida jak nic, straż nie odbiera” „Jesteś w domu? Zaraz wychodzę, będę za pół godziny”. I radość, ktoś nas zabierze, już niedługo mała będziesz bezpieczna. 
Suczka jak gdyby nigdy nic śpi u boku swojej opiekunki, szczęśliwa, pełna ufności, ale nie pozwala jej się oddalać za daleko. Dotrzymuje jej kroku. Na myśl, że trafi do schroniska, że nie będzie wiedziała co się dzieje z tą cudowną sunią czuje jak jej się serce kraje. Ale sama jej nie zatrzyma. 
Samochód podjeżdża, zakładają smycz, wychodzą, czas wsiąść. Sunia nie chce, szarpie się i ostatecznie wyrywa, ale nie ucieka, stoi patrząc nieufnie na samochód, chce podejść do swojej opiekunki, ale z oddali słyszy szczekania psa, widzi jak ten biegnie w jej stronę, reakcja jest natychmiastowa, ucieka. Dziewczyny niewiele myśląc wsiadają do samochodu i udają się w ślad za nią. 
Mijają długie minuty, śladu suczki nie ma, ale się nie poddają, w końcu widzą znajomą beżową psine. Wysiadają. „No chodź do mnie, no chodź”. Sunia się obraca, nasłuchuje i podchodzi do opiekunki. Tym razem daje sobie założyć smycz, daje się podnieść i wsadzić do samochodu.
„To co, do schroniska?” „No tak”. Ruszają. Ale im bliżej schroniska tym więcej wątpliwości. Jest kochana, bezproblemowa, młoda. Szybki telefon do Pani prezes i szybka decyzja „dzwońcie do kliniki, pytajcie czy ją przyjmą” I wybuch radości w samochodzie, szczęście przeogromne, jest szansa, może będzie z nami. Telefon do kliniki, możemy przywozić. Jedziemy, potem będziemy się zastanawiać gdzie ją ulokować. Ważne, że będzie kontrola nad nią.
Zostawiamy ją w klinice, dzień później przyjeżdżamy. Sunia najedzona i wyspana wygląda o niebo lepiej. Rozpoznaje opiekunkę, nadal za nią chodzi. Zważona, odpchlona, odrobaczona po oględzinach. Parę kg musi przybrać, zapchlona, ale ogólny stan dobry. To jeszcze dziecko, kochane dziecko, u którego powoli widać radość w oczach. 
Suczka dostaje imię, Tamasha – co oznacza szczęśliwe spotkanie (jakby inaczej), ale wołamy na nią Tami. Wie już, że to o nią chodzi, a słynna kwestia „No chodź do mnie, chodź” nadal działa. 
Kolejnego dnia następna wizyta, zabawy z Tami, przepychanki, tulenie, mała pokazuje już brzuszek, radość jakich mało, ufa nam, czuje się bezpieczna. Zaczepia psiaki do zabawy, uwielbia być w ruchu, ale potrafi położyć się koło opiekunki. Na spacerze rewelacja, nie ciągnie, nie szarpie, kroczy delikatnie z opiekunem. Psiak marzenie"

Poszukiwany dom na 3 tygodnie!

data: 2016-01-28

Tymczasowa opiekunka naszej koteczki Bambi wyjeżdża na 3 tygodnie i na ten czas szukamy jej jakiegoś innego domku! 
To wesoła, żwawa, młoda kotka. Uwielbia się tulić i łasić.
Jest odrobaczona, zaszczepiona i wysterylizowana.
Czy ktoś znalazłby dla niej miejsce?

Zapewniamy całą wyprawkę i ewentualną pomoc!

Reksio szuka kawałka ziemi

data: 2016-01-27

Tak ładnie Reksio prosi o pomoc!

Reksio w przytuliskowym boksie jest już ponad rok. Widzimy, że bardzo się irytuje zamknięciem, a my chcemy dać mu wszystko co najlepsze. Nie wierzymy w cud, że ktoś go zaadoptuje, ale postanowiliśmy poszukać mu chociaż domu tymczasowego.
Jakiego?
Otóż mamy nadzieję, że może ktoś znajdzie kawałek ogródka na emeryturę naszego Reksia. Maluch naprawdę wiele nie potrzebuje, a bardzo się cieszy mogąc biegać po terenie i obserwować wszystko.
Mimo wieku nadal jest bardzo dziarski i intruza pogoni, a już na pewno zaalarmuje.
Jesteśmy w stanie zapewnić karmę, opiekę weterynaryjną, a nawet budę.
Wiemy, że to naprawdę duża szansa dla kawalera. Tak wyglądało całego jego życie, a teraz siedzi w zamknięciu.
Jest niesamowicie kochany dla ludzi, uwielbia pieszczoty i dopomina się ich. Jednak nie chcemy go na siłę uszczęśliwiać i zamykać w domu gdyż widzimy jak mocno się irytuje nie widząc tego co się dzieje w koło. Dwór to dla niego cały świat.

Może znajdzie się ktoś, kto zaoferuje kawałek ogródka? A może znacie kogoś takiego?